Szlakiem rowerowym miało być za łatwo Dlatego wybór padł na pieszy szlak. Jak się później okazało, bardzo dobrze wybrałem. Było pięknie, klimatycznie i oczywiście w tyłek dostałem, ale po kolei.
Wyruszyło nas dwóch. Nigdy wcześniej nie zdarzył nam się taki dystans. Łącznie 370 km w 4 dni. Ktoś sobie pomyśli, że to niewiele, że w dwa dni można to zrobić, ale dla mnie był to wyczyn.
Umówiliśmy się u mnie. Planowany wyjazd dokładnie o wschodzie słońca. Planowany dystans 110 km. 5 godzin i mieliśmy być na miejscu.To dopiero dojazd do szlaku. Długi, nudny dojazd drogami asfaltowymi. Na całe szczęście nudno nie było.
Pierwsze przygody dopadły nas już w Bytomiu. Szwagier złapał swoją pierwszą w życiu gumę. Zmiana i jazda dalej, niestety już bez zapasu. Moje dętki nie pasowały. Jedziemy z duszą na ramieniu, bo opona łysa i aż się prosi o złapanie kolejnego kapcia. Oj my amatorzy.
Tarnowskie Góry mijamy szybko. Niestety zabytkowa kopalnia srebra zamknięta dla zwiedzających. Jedziemy. Nudne pedałowanie. Od czasu do czasu przystanek. Znowu jedziemy drogą krajową. Trzeba uważać na samochody. Na całe szczęście święto i ruch niewielki.
Po drodze odwiedzamy znajomego. Piwko i w drogę, zanim tyłki nie odzwyczają się od siodełek. Do Częstochowy wjeżdżamy po 7 godzinach i 128 km. Popełniamy pierwszy strategiczny błąd. Jemy w KFC, co jak się później okaże nie było dobrym pomysłem.
Po zapchaniu brzuchów docieramy do hotelu Sekwana w Częstochowie. Nasz pierwszy planowany nocleg. Już w drzwiach wita nas tablica OBIADY DOMOWE za 15 zł, a My frajerzy w KFC śmieci jedliśmy.
Trudno, nauczka na przyszłość. W następnych dniach szukaliśmy już tylko domowego żarcia, a rosół stał się oficjalną zupą wyprawy.
Następnego dnia ruszamy już właściwym szlakiem, ale o tym napiszę jutro.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz